niedziela, 27 lutego 2011

Relatywizm kulturowy II [ - o pracy na dublińskim lotnisku i nie tylko ]



wiesz, to jest tak, że relatywizm kulturowy jest złudzeniem...
powiedz mi, jak się ma szacunek do odmienności kultur i społeczeństw na międzynarodowych lotniskach? gdzie wszyscy podlegają uniwersalnemu prawu (-zakwestionowanie kulturowych różnic i norm) i gdzie mimo przyjaznej i bilbordowej tolerancji panuje powszechna islamofobia?

widzisz; wielokulturowość ma się nijak w stosunku do company police, którą musisz przestrzegać.
nie, no oczywiście, że islamskie kobiety kieruje się wyłącznie do check-in'ów obsługiwanych przez inne kobiety (-kwestia podniesienia czadoru i sprawdzenia tożsamości pasażera), ale nie raz byłam świadkiem sytuacji w której z racji pośpiechu/ braku staff'u weryfikacji dokonywał kolega (- co prawda na zapleczu, by inni mężczyźni nie ujrzeli  twarzy Islamki) ale taka pasażerka nie miała wyjścia...

tak, by funkcjonować w innych kulturach nie raz musimy zakamuflować swoją moralność...

albo powiedz mi jak wytłumaczyć Czarnemu Bratu lecącymi do Lagos, że może mieć tylko 2 walizki max: 32 kg każda ( - healthy reasons obowiązujące na całym świecie) w momencie kiedy przychodzi  do ciebie z jedną walizką ważącą 64 kg? o co chodzi- przecież ma przepisową ilość kilogramów przypadającą na jedną osobę! takie mediacje kulturowe zazwyczaj kończyły się niestety z udziałem security i nierzadko skreśleniem z listy pasażerów...
oni nie rozumieją naszej kultury a my ich.
w lotniczym, międzynarodowym prawie- nie ma wyjatków dla biednych Nigeryjczyków, którzy w jedną walizkę chcą spakować prezenty dla swojej wioski! a to przecież cała wioska złożyła sie dla niego na bilet do Białego Świata...

te mosty są czasem nie do przekroczenia. a czasem budowane są jedynie po to, by sprawnie można było przejść tylko w jedną stronę.

rzadko kiedy miałam okazję obsługiwać rodaków; linie lotnicze dla których pracowałam przegrywały w przedbiegach z Ryanair'em czy Aer Lingusem, ale miałam okazję obserwować "syndrom polskiego kolejkowicza", który wyróżniał się ubiorem (-tak, tak łatwo nas poznać) i mętnym wzrokiem (- zdążyć znaleźć kolejkę/ ustawić się w kolejce/ kupić colę na kaca)- tak nas niestety postrzegają na lotniskach...

zresztą - rodak za granicą to równie ciekawy i kontrowersyjny temat, co relatywizm kulturowy :)

przyszła kiedyś również do mojego check-in'u popkultura w osobie Rihanny. nie znałam wówczas "zjawiska", nie znam się na takiej muzyce...dla niej- doświadczenie bezcenne: jeśli zapomni się wykupić VIP ticket to trzeba zdejmować okulary jak pospólstwo, żeby się wylegitymować! na pewno już nie popełniła nigdy później podobnej gafy :)))
okazuje się również, że etnocentryczna kultura popularna staje przed faktem relatywizmu kulturowego na przegranej pozycji, jeśli jest oderwana od kontekstu społecznego. czyż nie?

o tak, zgadzam się, że praca na lotnisku to genialne doświadczenie enkulturacji.
to prawdziwa lekcja przypominania i zatracania.
ale z czasem irytuje i nuży!
całe szczęście, że pojawiło się wówczas w moim brzuchu małe ziarenko, które sobie spokojnie rosło i dojrzewało w rytmie komunikatów z głośnika:

" Ladies and gentleman, your attention please. This is a final boarding call for AF flight...."



________________________________________________________________________
* minusy pracy w rytmie lotniska:
koszmary senne w których zawsze przez ciebie są opóźnione loty (mylą się nazwiska, samoloty, bramki!), wczesne pobudki-tak ok 3 nad ranem (parę razy w tygodniu!)- by o 4 otworzyć check-in i obsługiwać pierwszy lot w pełnym uniformie oraz makijażu (-kolory szminki, lakieru do paznokci i cieni do powiek wymagane przez company police), wprowadzanie/ wyprowadzanie pasażerów do/ z samolotu na płycie lotniska, kiedy pada i wieje (-a w tym kraju to norma...), mediacje z opóźnionymi pasażerami, odwoływanie lotów...

* * plusy takiej pracy:
bezapelacyjne doświadczenie kulturowe i społeczne... znajomość lotniskowej hierarchii (-przydatna przy licznych podróżach!), dobre wina i piękne perfumy :)) tak, tak- wciąż wielu pasażerów próbuje tego typu rzeczy przemycać w torbie podręcznej ;), umiejętność wykonania pełnego (-i przepisowego!) makijażu w ciągu 5 minut, duża liczba lektur przeczytana w przerwach miedzy lotami....

*** więcej na temat relatywizmu kulturowego w lotnictwie miał by pewnie K. do powiedzenia, który pracował w dwóch liniach lotniczych jako cabin crew.
z firmy pana O' Leary'go został dyscyplinarnie zwolniony po tym, jak nie chciał sprzedać pasażerowi na pokładzie spleśniałej kanapki (- taka mniej więcej jest company police Ryanair'a!). nie przeszkodziło mu to jednak dostać się do słynnej Avi Jet. słynnej z ilości opóźnionych lotów, które moja firma miała przyjemność obsługiwać :>

środa, 23 lutego 2011

Kąpiel w dźwiękach mis tybetańskich i publikacjach o kulturze ludowej

kilka wieczorów temu miałam okazję odbyć wspaniałą sesję z misami tybetańskimi ( i nie tylko), poprowadzoną przez Pawła, autora książki i strony: słowa- mądrości

" Misy zawierają całe spektrum częstotliwości dźwięku (słyszalnego jak i niesłyszalnego). Nasz organizm również wibruje w odpowiedniej dla siebie częstotliwości, każdy organ ma swoje określone spektrum.
Podczas masażu fale drgań wydobywane z mis rozprzestrzeniają się w naszym ciele. Wszystkie komórki i organy naszego ciała posiadające częstotliwość inną (zaburzoną), aniżeli ta, która im odpowiada w rzeczywistości (zdrową) dopasowują się do harmonicznych częstotliwości mis, tym samym przywracając im zdrowe właściwości. 
Także nasze fale mózgowe pod wpływem drgań mis i przestrzeni dźwiękowej, która temu towarzyszy, zwalniają swoją pracę, przechodząc ze stanu beta ( stan aktywności fal mózgowych) w stan alfa (stan głębokiego relaksu). W stanie tym odczuwamy spokój, bezpieczeństwo i głębokie odprężenie, a wówczas włączają się siły samouzdrawiające naszego organizmu, regenerując nasze ciało."



cudowne doświadczenie...
mam nadzieję, że będę mogła częściej słyszeć te piękne wibracje (-okazało się, że mieszkamy na tym samym osiedlu!)
niedawno pisałam, że ci co mają się spotkać to się spotkają...tak, to spotkanie było potrzebne.


********************************************************************

dostałam również przesyłkę- nagrodę konkursową z Państwowego Muzeum Etnograficznego w Warszawie
przepiękne, albumowe wydania i zajmująca lektura
dla takich jak ja, każda publikacja tego typu jest na wagę złota:























 *** moje artykuły na blogu Państwowego Muzeum Etnograficznego to zobaczenia: TU

wtorek, 15 lutego 2011

Trochę więcej niż teatr

Nie będzie to próba jakiegokolwiek ujęcia zjawiska.
Wiele już powstało publikacji na temat i pewnie jeszcze wiele powstanie, bo pewne grupy artystyczne do dziś zachwycają, wprawiają w osłupienie lub irytują...
Przed laty sama pisałam na maturze o Grotowskim, Teatrze Ósmego Dnia i o Gardzienicach. Wszyscy wówczas czytali lektury obowiązkowe a ja książkę Aldony Jawłowskiej znałam prawie na pamięć (!). Dopiero wiele lat później przyszło mi zweryfikować wiedzę teoretyczną i ... trwać w fascynacji teatrem alternatywnym do dziś.

Ale nie o technikach pracy aktorskiej ani o warstwie tekstowej.
O wyprawach będzie.
Badaniach terenowych i eksploracji.
O poszukiwaniu przez polski teatr autentycznej przestrzeni; tej wiejskiej, leśnej, górzystej , nizinnej... W której przy polnej drodze, na przystanku autobusowym można spotkać przypadkowych ludzi (-sąsiadów, nieznajomych) stanowiących niezwykłą skarbnicę wiedzy o człowieku/ dziedzictwie i będących stałym tłem inspiracji dla artystów teatralnych.

Największe zasługi na tym polu ma niewątpliwie Ośrodek Praktyk Teatralnych Gardzienice . Od początku swego powstania teatr ten kierował się czytelną ideą - zamysłem pozyskania nowego i naturalnego środowiska twórczego. Porzucenie miasta i odnalezienie nowego odbiorcy, który potrafiłby współuczestniczyć w spektaklu i tworzyć go.
Eksploracja kultury ludowej była dla Gardzienic celem artystyczno- badawczych wypraw:

... wyprawa ma być praktyką artystyczną, praktyką teatralną rozłożoną na czas mierzony dniami i nocami, i naprzestrzeń mierzoną kilometrami(...) 
musi mieć wstępny scenariusz (...) Przy realizacji scenariusza trzeba być otwartym i gotowym na natychmiastową odpowiedź wobec wszelkich nowych zdarzeń. (...) 
Wyprawa jest twórczą improwizacją, może być dziełem sztuki...

/ W.Staniewski- założyciel i główny kierownik grupy /



 * zdjęcia pochodzą z oficjalnej strony Gardzienic

Początkowo wyprawy odbywano piechotą, taborem. Trwały od kilku dni -do kilku tygodni. Wędrowano do pobliskich wsi i odległych przysiółków. Zespół dokonywał eksploracji terenu; poznawano tubylców, zapraszano ich do wspólnych zabaw (-święto wioski) i wieczerzy. Słuchano starych opowieści, zbierano zapomniane pieśni i uczono się gry od ostatnich wiejskich muzykantów. Z czasem wyprawy rozrosły się w czasie i przestrzeni-artyści zaczęli podróżować za granicę, często w towarzystwie naukowców, którzy zajmowali się badaniami etnologicznymi danej przestrzeni...
Te wyprawy, choć miały głównie cel artystyczny odbywały się również w kontekście naukowym, badawczym. Materiał nieoceniony dla badaczy kultury ludowej. Praktyką teatralną była tu inspiracja terenowa.

W tych artystycznych włóczęgach istotną rolę odgrywały Zgromadzenia, które zazwyczaj były kulminacją Wyprawy. Było to spontaniczne spotkanie z zaprzyjaźnionymi ludźmi we wsi, żyjącymi w środowisku tradycyjnym. To właśnie podczas Zgromadzeń tworzył się teatr in crudo- w autentycznej przestrzeni, w której bohaterami byli zwyczajni ludzie- widzowie, gdzie trwało spotkanie/ święto niecodzienne. Gdzie nie było podziału: aktor- widz, gdzie przy śpiewach i akompaniamencie muzyki wszyscy byli twórcami niesamowitego przedstawienia. Prawdziwego Teatru!

* You Tube pozwala obejrzeć program z cyklu "Antropologia teatru", który zrealizowano podczas VI Międzynarodowego Zderzenia Teatrów w Kłodzku [1997] oraz fragmenty pokazu pracy warsztatowej i spektaklu "Carmina Burana" Gardzienic. Całość opatrzona komentarzem Włodzimierza Staniewskiego oraz Ireneusza Guszpita.

Polecam szczególnie :



OVO z Wrocławia miałam okazję poznać, kiedy byli jeszcze wciąż nieformalną grupą muzyczną. Dziś nazywają się Fundacją OVO dla Kultury i Edukacji. Nie jest to grupa stricte teatralna; jednakże trenerzy posiadają bogate doświadczenie z teatrami alternatywnymi. OVO jest często tłem dla różnych spektakli. Ale jest to specyficzny rodzaj tła, które szarpie struny duszy aż do samych trzewi. Nie sposób pozostać obojętnym wobec takiego krajobrazu...
O sobie piszą tak:

Naszą misją jest przybliżanie współczesnemu człowiekowi tych elementów tradycji,
które przyczyniają się do jego osobistego rozwoju i umacniania więzi społecznych.
Naszym głównym - choć nie jedynym - narzędziem jest praca nad głosem i śpiew w grupie.
Eksplorowanie ukrytych możliwości głosu ludzkiego, wokalne eksperymenty, dialogiczność w muzycznej polifonii, synergia śpiewu grupowego.
Wierzymy, że odkrywanie własnego głosu może być dobrą drogą do wglądu w siebie
i rozwijania swego naturalnego potencjału, z którym się urodziliśmy a którego nie zawsze jesteśmy świadomi.
Czerpiemy z obszaru tradycji twórczo i świadomie - nie jesteśmy konserwatystami.
Dalekie są nam religijne i polityczne ideologie.




* zdjęcia pochodzą z oficjalnej strony grupy

W swojej pracy opierają się przede wszystkim na badaniach terenowych i współpracy z etnomuzykologami.
Działania grupy skupiają się głównie na pracy nad emisją głosu -warsztaty: W Poszukiwaniu Głosu, Na Ścieżkach Głosu.

Okazuje się bowiem, iż śpiewokrzyk potrafi pomóc nam wyzwolić w sobie pierwotną naturę, powrócić do korzeni i obudzić w sobie Dzikość. Jest to jak najbardziej naturalna forma ekspresji dla naszego kręgu kulturowego. To archaiczny zabytek naszego dziedzictwa. 
Biały śpiew nie jest kształcony w szkołach muzycznych, można się go jedynie nauczyć od wiejskich śpiewaków w warunkach autentycznych, lub na warsztatach organizowanych min. przez grupy takie, jak OVO.

Zresztą, takich pieśni się nie słucha; w takich pieśniach trzeba uczestniczyć:

  


W polskim krajobrazie wiele jest ciekawych i wartościowych grup, które tworzą coś więcej niż tylko Teatr.
Dla których największą inspiracją jest własna, rodzima tradycja będąca równie egzotyczna jak kultura Dalekiego Wschodu.

Nie można zapomnieć o grupach tj: Sejny, Węgajty, Stowarzyszenie Przyjaciół Nowicy, czy o Domach Tańca. W swoich działaniach opierają się głównie na kontaktach z żyjącymi jeszcze twórcami ludowymi od których uczą się melodii, gry na instrumentach i którzy stanowią bezpośrednią inspiracją dla działań artystycznych.

Wiele jest imprez regionalnych i fantastycznych grup ludzi.
Wiejskich Teatrów i Projektów Terenowych. Gdzie można posłuchać/ nauczyć się tradycyjnych tańców i  pieśni.
Gdzie jest się bliżej sztuki i kultury- ale tej tchnącej autentyzmem a nie wtórną popkulturą...

sobota, 5 lutego 2011

Fuck U Anyway

taki wulgarny (?) muzyczny transssssssssssss:


  


[ jestem częścią tego Matrix'a 
i uwikłana w konwenanse społeczne muszę udawać
że lubię barwy stonowane i bezpieczne rozumowanie
nie przeklinam w ogóle
ale czasem trzeba powiedzieć jednemu i drugiemu, że jest tak mdły, że aż rzygać się chce ]

*****************************************

[ ... bo tego utworu nie można usłyszeć (prawie)nigdy w radio
... bo czasem chce się powiedzieć komuś: there's no light in your eyes and your brain is too slow
... bo czasem, ale rzadko- fuck you anyway! ]